Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości Kultura 2.0 - Cyfrowy wymiar przyszłości

4.02.2015
środa

Morozow: Pora uwspólnić dane

4 lutego 2015, środa,

W połowie stycznia Jewgienij Morozow opublikował w „Financial Times” felieton pod znaczącym tytułem „Europe is wrong to take a sledgehammer to Big Google”.

Tekst jest komentarzem do przyjętej na początku roku przez Parlament Europejski rezolucji (dokumentu o głównie symbolicznym znaczeniu) wzywającej europejskich regulatorów do podzielenia Google: wydzielenia wyszukiwarki od pozostałych części firmy.

Zdaniem Morozowa krok taki pomógłby rynkowej konkurencji Google, ale nie przysłużyłby się europejskim obywatelom:

Pozwalając Google [search] działać jako naturalny monopol, zezwalamy na jego inwazję na różne sfery [życia społecznego].

Morozow rozumuje tak: Google faktycznie korzysta z faktu, że dowolny serwis tej firmy czerpie ze zbieranej przez wyszukiwarkę bogatej, kontekstowej wiedzy o nas wszystkich. Ale nawet wydzielenie wyszukiwarki nie rozwiązuje fundamentalnego programu, jakim jest monopolizacja największego indeksu naszych pragnień, zainteresowań i zachowań. Słusznie zauważa, że podobny problem dotyczy Facebooka, który stał się monopolistą na poziomie „identity gateway” – indeksu naszych tożsamości online.

Do tego miejsca Morozow prezentuje w miarę standardową krytykę sieciowych monopolistów, którą można znaleźć także na przykład u Orlińskiego. Ciekawie robi się dalej: alternatywą dla utowarowienia tej wiedzy nie jest dla Morozowa ochrona danych na poziomie jednostki – jest nią potraktowanie tej informacji jako dobra wspólnego.

We need a data system that is radically decentralised and secure; no one should be able to obtain your data without permission, and no one but you should own it. Stripped of privacy-compromising identifiers, however, they should be pooled into a common resource.

Sprawa jest ciekawa, bo dotychczas krytyka wielkich monopolistów sieciowych rzadko kiedy była łączona z wiarą w dobro wspólne – krytycy zakładają bowiem, że zamiast faktycznego dobra wspólnego będziemy mieli wspólny zasób, na którym skorzystają jedynie najwięksi. Tak z grubsza wygląda na przykład krytyka ruchu Creative Commons przedstawiona przez Roberta Levine we „Free Ride”.

Morozow wydaje się przekonany, że na bazie takich danych, zarządzanych jako dobro wspólne, mogą kwitnąć w Europie „tysiące zwinnych przedsiębiorstw”. I dodaje, że europejskie przywiązanie do ochrony danych osobowych nie jest powodem, by przywracać czasy, gdy agregacja przydatnych danych była trudna i kosztowna. Wyzwania – takie jak zapewnienie bezpieczeństwa, decentralizacji i indywidualnej kontroli nad poszczególnymi cząstkami tej wielkie bazy danych – nie zaprzątają uwagi Morozowa. Podobnie jak kwestia wdrożenia takiego modelu – choć między wierszami Morozow sugeruje regulację państwową. Bardzo to wszystko ciekawe.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Pomysł, że Google jest monopolem naturalnym nie jest nowy, choć do tej pory się nie przebijał. Może należy na temat szukać czegoś w Bingu?

    A bardziej poważnie: duże korporacje internetowe (jak słusznie zauważają Morozow i Orliński) stoją generalnie obok prawa regulującego podobne sytuacje w innych sektorach. Czy dotyczy to prawa autorskiego, czy ochrony prywatności.

    Chętnie zobaczyłbym jakiś system państwowej (lub unijnej) regulacji, który sobie z tym poradzi. W czasach, gdy każdy tor, kabel i lokomotywa należą do innej spółki, trudno to sobie jednak wyobrazić.

    Creative Commons ani FLOSS nie byłyby też wcale dobrym wzorcem. Są zbyt umocowane w liberalnej koncepcji dzielenia się jako wyjątku od własności prywatnej rozumianej w wąski, indywidualistyczny sposób (patrz oburzenie użytkowników Flickr).

    Oczywiste jest też, że najwięksi „skorzystaliby najbardziej”, tak jak na sieci darmowych autostrad „bardziej” korzysta wielki operator logistyczny, a nie Kowalski, który raz w roku jedzie nad morze. Inna sprawa, czy wartość tej wygodnej podróży dla Kowalskiego nie jest większa niż na dla tego przewoźnika…

    Monopole naturalne są regulowane na różne sposoby (czy dotyczy to rurociągów, autostrad, czy usługi powszechnej w telekomunikacji), czasem odpowiednie deklaracje znajdują się w przeróżnych kartach praw podstawowych (choć dodanie tam dostępu do danych Google i Facebooka zaraz wywoła lawinę komentarzy w stylu „1st world problem”).

    Kto miałby jednak przycisnąć kraje (i unię) do takiego działania? Lobbyści przemysłu medialnego, którzy doprowadzili (albo mieli duży w tym udział) do wydania ostatniej rezolucji PE dotyczącej „podziału Google” wcale nie są tym zainteresowani, bo wolą przywrócić XX-wieczne ramy prawne, w których czują się najlepiej. Jako odległy punkt odniesienia można sobie też odświeżyć drogę do objęcia programów komputerowych prawem autorskim i patentowym – rozsądek podpowiadał stworzenie całkowicie nowego systemu, a tymczasem od orzeczenia do orzeczenia doszliśmy przez prawo autorskie do patentów…

    PS Czemu trzeba mieć konto w Polityce, żeby dodać komentarz?